Up

Dotarłam, udało się!! Te 260km, które teoretycznie można przejechać w jeden dzień, mocno dały mi w kość. Wierzcie lub nie, wzdłuż Słonecznego Wybrzeża nie ma ciągłego szlaku turystycznego.

Pierwszego dnia piłowałam podjazdy jadąc dookoła świata przez wszystkie osiedla, aby tylko uniknąć drogi ekspresowej. Bezskutecznie. Wylądowałam na tejże w nocy 10km od celu, mimo że obiecywałam sobie, że nie będę jeździć po zmroku
(jasne….). Na szczęście dobroduszni Hiszpanie poratowali mnie kamizelką odblaskową (sic!), a potem przekonali kierowcę autobusu podmiejskiego, żeby zabrał mnie ze sobą mimo, choć w autobusach nie można przewozić rowerów.

Drugiego dnia poddałam się i zmierzyłam z moim największym strachem, czyli ściganiem się po drodze szybkiego ruchu z ciężarówkami. Słońce spaliło mi ręce. Google władował mnie w gigantyczne bagna w regionie, który słynie z permanentej suszy. Spałam w hostelu ze Szwajcarem-transwestytą, którego ktoś mocno poobijał. Poznałam imigranta z Maroko, który przypłynął do Hiszpanii na pontonie i postawił mi puszkę Coli. Jechałam w niesamowicie upierdliwym wietrze w twarz przez większość czasu.

Trzeciego dnia wpakowałam się z rowerem ważącym ponad połowę mojej wagi w góry jednego z największych parków narodowych w Hiszpanii (już nigdy nie jeżdżę po górach bez SPD). Podarłam torbę wodoodporną przepychając się przez porąbanie wąskie bramki. Przechodziłam przez największy psychiczny dołek w najpiękniejszym miejscu na świecie. Zostałam zamknięta na farmie wiatraków. Zgubiłam się jakieś 1000 razy. Uciekałam przed bykami. Przerzucałam 3 razy rower przez dwumetrowe ogrodzenia. Szlajałam się po ciemku po takich miejscach, że gdyby nie nocne marsze na orientacje i nocne jazdy na Kubie to pewnie narobiłabym w portki. Jechałam obłędną niekończącą się prostą drogą wzdłuż wybrzeża, słuchałam szumu oceanu i patrzyłam na spadające gwiazdy. Cudem uniknęłam zderzenia z przerażoną czarną świnią, która wskoczyła mi pod koła. A na koniec przełknęłam swoją dumę i dałam się podwieźć ostatnie 10km.

Jazda w grupie jest dużo łatwiejsza. Oprócz technicznych aspektów typu oszczędzanie energii, najbardziej brakowało mi wsparcia w krytycznych momentach. Taki ze mnie klusek. Fajnie na katorżniczym podjeździe zatopić się w rozmowie i nie myśleć ile do najbliższego zjazdu. Muzyka pomaga, ale nie tak jak żywy człowiek 😉

Największym plusem i minusem podróżowania w pojedynkę jest samotność. Zdecydowanie bardziej doceniam wszelkie spotkania i po raz kolejny przekonuję się, że wszystko co robimy jest koniec końców dla innych ludzi. I w sumie piszę Wam to wszystko po to, żeby dać jasny sygnał niedowiarkom – skoro ja jestem w stanie to zrobić, to każdy jest w stanie to zrobić.

Autor: Agnieszka Soboń.
Inne przygody Agi możecie znaleźć tu.


ABOUT THE AUTHOR

Małgorzata