Up

LADAKH HIGHWAY

by 18 sierpnia 2016 HIMALAJE 1

Pamiętam tą rozmowę, kiedy byliśmy jeszcze na Saharze. Umęczona słońcem, zakurzona, brudna ale i szczęśliwa spytałam; „Jacek, myślisz, że dam radę, że mogę jechać w Himalaje ?”. Najpierw odpowiedział zawadiackim uśmiechem, potem spojrzał szczerze w oczy i powiedział, że powinno mi się udać…
Dziś wiem, że takich rozmów odbywał wiele, ale z mojej perspektywy to była ta jedna, która zapoczątkowała moją własną historię prawdziwej i niekończącej się rowerowej przygody życia. Żadne z nas w tamtej chwili nie przypuszczało, że dołączę wkrótce do ekipy united-cyclists.com.
DSC_4948Himalaje same w sobie brzmią dobrze, to zawsze będzie wisienka na torcie turystycznych wojaży, którą nie każdy ma możliwość i szansę zjeść. I to chyba tak bardzo mi się spodobało…. Gdy tylko usłyszałam, że można wjechać tak wysoko, dopedałować na wysokość 5340m n.p.m. czułam autentyczny dreszcz na plecach. Myślałam wówczas – że trzeba mieć charakter, żeby rzucić sobie takie wyzwanie, żeby zmierzyć się z własną psychiką, słabościami i krok po kroku jechać do przodu. Z perspektywy czasu, wierzcie mi, nie jest trudno podjąć decyzję na TAK, dużo trudniej jest z niej nie zrezygnować, nie uciec kiedy robi się cieżko. Pierwszym celem było po prostu tam być, ale bardzo szybko zapragnęłam więcej 😉 bo dlaczego nie… Dajcie mi jeden powód dlaczego kobieta, nie miałabym przeprowadzić przez tą trasę kolejnej grupy wyprawowej … No właśnie 😉

11 lipca 2016
Lotnisko Delhi. Zrozumie ten kto kiedykolwiek był w Indiach – specyfika mieszanki zapachu i klejącego się do skóry gorącego powietrza jest jedyna w swoim rodzaju, ale szybko idzie się przyzwyczaić. Po kilkunastu godzinach przepychanek z taksówkarzami w końcu udaje się załatwić transport do Manali, małej mieściny w której rozpoczniemy naszą rowerową wspinaczkę.
Droga nie jest łatwa zwłaszcza kiedy spędziło się 16 godzin w samolocie, a przed nami było drugie tyle do przejechania autami nieco większym od Tuk Tuk-ów. Nie podróżujemy komfortowymi autokarami, budżet takich ekspedycji zawsze jest ograniczony ale to właśnie daje smak przygodzie! Taka naturalność otaczającego nas świata. Do celu dojeżdżamy ok. 4 nad ranem. Nasz przyjaciel Rajat z Rona Cottage, u którego nie raz już gościliśmy, wita nas w szczególny sposób. Nie jestem zaskoczona, że zamiast dzień dobry słyszę: „Nie ma miejsca” – to taki lokalny standard negocjacyjny. Miło i z odwzajemnionym uśmiechem, bo uśmiech zawsze pomaga w takich sytuacjach, podejmuję tą grę. Po niespełna 30 min rozmowy ustalamy, że możemy wynająć cały dom na tyłach ogrodu.
W naszą rowerową przygodę ruszamy w okolicach południa dnia następnego – chwilę nam zajmuje złożenie rowerów, pierwsze hinduskie śniadanie, ale przecież czas nas nie goni. Pierwszy dzień jest zawsze przeznaczony na tzw: rozruch, żeby przyzwyczaić mięśnie do ciężaru sakw, nauczyć ciało oddychać innym powietrzem. Czuję jednocześnie dumę i strach, których mieszanka przyprawia mnie o zawrót głowy. Odpowiedzialność za grupę przysłania mi teraz widoki, myślę co powiedzieć na pierwszej odprawie, jak rozplanować trasę, choć znam ją już na pamięć. Zastanawiam się w końcu jak dam sobie radę z 16 facetami i 2 kobietami na pokładzie – będzie dobrze, choć na pewno nie będzie łatwo. Jacek z Polski co chwila wysyła smsy, czy jesteśmy już, jak idzie, czy wszytko jest w porządku. W gruncie rzeczy nie jestem sama, więc nie będzie źle!
IMG_5461Rohtang La ( 3979m n.p.m.)
Wyruszamy z Manali, które znajduje się na wysokości 2050m n.p.m., by już drugiego dnia wdrapać się na pierwszą przełęcz Rohtang La. Trasa na szczyt to zaledwie 50km podjazdu asfaktem, nawet w całkiem dobrym stanie. Nie trasa jest tu najgorsza, a klimatyczna specyfika tego miejsca. Zawsze pochmurno, zazwyczaj pada. Szczęście ma ten, kto zobaczy tu słońce ( choć w zeszłym roku nam się udało ). Cieszę się, że nie pada deszcz, bo dostać w przysłowiowe „ciry” już w pierwszych kilometrach na pewno odbiło by się czkawką. Patrząc jak pedałuje ekipa przypomniałam sobie dwa skrajne momenty z mojej pierwszej himalajskiej wyprawy. Pierwszy bolesny, kiedy czułam posmak krwi w ustach, ten charakterystyczny metaliczny smak i ogień zmęczonych mięśni. I drugi, kiedy usiadłam na półce skalnej jakieś 4 km przed szczytem przełęczy i podziwiałam chmury unoszące się między ośnieżonymi szczytami 4 i 5 – tysiączników. Można być naprawdę przygotowanym, ale tu chrzest bojowy każdy musi przejść, taka żołnierska zaprawa w rowerowych bojach. Dobrze, że mój Kreidler tez był na to gotowy. Nagrody natomiast są naprawdę piękne. Jeśli wcześniej nie widzieliście gór wysokich to uwierzcie, ten widok może powalić z nóg. Sam szczyt przełęczy nie ma w sobie nic szczególnego, jest taki jak każdy kolejny, do którego dojedziemy później. Ważna jest droga jaką się przebywa, żeby tam być…
DSC_4980Rohtang La ma jeszcze jedną zaletę – 30-sto kilometrowy offroadowy zjazd pozwijany w serpentyny przecinające góry. Kamienie są tu chwilami wielkości pięści lub większe. Szuter, który rozbryzguje się na boki faluje na drodze jak wartki strumień. Temu wszystkiemu towarzyszy cisza, brak jakiegokolwiek odgłosu natury. Cisza, która przeszywa mózg i aż trudno się do niej przyzwyczaić mieszkając na codzień w zatłoczonej stolicy.

Keylong
Zielona mieścina położna na zboczu góry, na pierwszy rzut oka nie mająca nic do zaoferowania. Jednak ślepy na przygodę ten, kto nie potrafi dostrzec uroku w najprostszych czynnościach. W zeszłym roku uraczyliśmy się tu prysznicem z ciepłą wodą i ostatnim dostępem do internetu a w tym roku postanowiliśmy oddać się w ręce tutejszych fryzjerów, masażystów, kosmetyczek i golibrodów. Przeżycie bezcenne, niepowtarzalne, jedyne samo w sobie. Chyba jeszcze tylko w Maroku potrafią z taką dokładnością czesać i golić co tu. Spa było potrzebne, bo od tego momentu czekały nas już tylko rowerowe extrema.
IMG_6108Jadąc w stronę Baralacha La ( 4890m n.p.m.) zaliczamy spanie w Patsio parę kilometrów przed Zingzingbarem. Widać jak z roku na rok rozwija się tu infrastruktura turystyczna. Hindusi czują, że na turystach można zarobić. Na miejscu dowiaduję się, że nawet za rozbicie namiotu nad jeziorkiem trzeba w tym roku płacić praktycznie tyle co za jurtę. Cholera mnie bierze, bo nie chcę tak. Decyzja zapada w mojej głowie szybko – decyduję się zejść kawałek w dolinę i na polanie usianej pachnącą miętą rozkładam namiot – przecież po coś go ze sobą wiozę. Nie jestem sama, bo chłopaki idą ze mną – będzie raźniej, gdy przyjdzie noc. Reszta wybiera ciepło jurt.

IMG_5713

Baralacha La ( 4890m n.p.m.)
To jedna z zimniejszych przełęczy. Nie jest trudna i do tego widoki są spektakularne. Jest dziko i gdzie tylko okiem sięgnąć widać bezdroża. Tym razem jest nawet ciepło, pogoda nam dopisuje. Odczuwalne jakieś 12-15 stopni Celsjusza. Ostatnio myślałam, że nabawię się odmrożeń rak i stóp, a teraz taka miła niespodzianka. Nie spieszę się, podziwiam piękno natury. Jadę ostatnia, zamykam cały peleton, mieć pewność, że nikt nie zostanie w tyle, że nikomu się nic nie stanie. Jakieś 2/3 km przez szczytem jest przepiękne jeziorko polodowcowe, które mieni się w słońcu lazurowym kolorem. Tu to można naprawdę odetchnąć. A propos oddechu. Właśnie dojeżdżamy do wysokości 4850m n.p.m., organizm zaczyna to czuć. Aklimatyzację zrobiliśmy całą ekipą kilka dni wcześniej, przed Rothangiem, więc nic złego się nie dzieje, ale czuć.. Lekko ściska w płucach, oddech staje się płytki, nie można już z lekkością pedałować bez przerwy. Mięśnie trzeba dotleniać intensywniej, dlatego każdy łapie powietrze w krótkich wdechach. Żegnając Baralacha-lę zjeżdżamy w stronę base campu Bharatpur Tent Colony, który mieści się kilkanaście kilometrów dalej i już nieco niżej, bo na 4500m n.p.m. Tu zmęczenie dopada każdego. Ciepły posiłek przynosi sen. Padamy jak muchy, jeden po drugim, w niebieskich namiotach z kosmosu. 4 pm – trzeba się ruszyć, choć ciało nie chce. Czeka nas jeszcze 30 km do Sarchu. Miasta z blachy falistej jak je, pewnie nie tylko ja, tak ochrzciłam…

Sarchu.
O tyle szczególny dla naszej wyprawy punkt programu, że mamy dostęp do bieżącej wody, zimnej jak lód, wydobywającej się z rury, gdzieś na skraju wioski 😉 W ekipie mamy pierwsze przypadki udaru słonecznego, kilka osób, które zaczynają już walczyć z własna psychiką ( jechać dalej, czy też podwieźć się autem, może odpuścić, a może jednak nie). Przed nami dwie bardzo trudne przełęcze Nakee La  ( 4739m n.p.m.) – przełęcz 80 zakrętów i 6 km za nią następna Lachulung La (5090m n.p.m.). Czeka nas solidne pedałowanie dwa dni z rzędu. Dodatkowo pomiędzy jedną a drugą mamy nocleg na 4650m n.p.m., który będzie wyczerpujący dla organizmu. Większość z nas ma już problemy z oddychaniem, wszyscy kaszlemy, bo pyłu w powietrzu jest przynajmniej tyle co w kopalni. Ruszając na taką wysokość trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność czy to pogodową czy też energetyczną. Dobrze pamiętałam jak rok wcześniej tuż przed szczytem odcięło mnie tak, że ledwo dojechałam. Teraz uprzedzając najgorsze wszystkim poleciałam porządnie się zaopatrzyć w batoniki, wodę i mądrze rozłożyć siły, bez ścigania się, bez udowadniania kto jest lepszy. Dla bezpieczeństwa ruszyliśmy w teamach 2-3 osobowych, żeby nikt nie został sam.
Dużo lepiej przygotowana niż poprzednio nie walczyłam z sobą, spokojnie dojechałam i ją zdobyłam. Kolejną przełęcz, jeszcze jeden raz, razem ze wszystkimi. Każdy z nas dał radę, każdy był z siebie zadowolony…
IMG_59566 dni póżniej – nocleg na 4650m np.p.m.
Spanie w jutrach jest bardzo klimatyczne, zwłaszcza jeśli śpi się na jednym wyrku wraz z właścicielem, jego żoną, kilku miesięcznym bobaskiem i babcią 😉 Różne rzeczy się zdarzają, a ja nadal cieszę się z tych najmniej planowanych historii. Noc była zimna, duszna. Otulona chłopakami zasnęłam czując ciepło… Po 4 nad ranem zbudził nas chłód, na zewnątrz szron pokrywał namioty i nasze rowery. Cześć ekipy już szykowała się do drogi ale było coś jeszcze…. dźwięk młynka modlitewnego, który śpiewał w rękach babulinki przez następne 3 godziny..

Zaraz za Lachulung La kierowaliśmy się w stronę bazy wojskowej w Pang by móc się czymś ciepłym posilić. Kolejny makaron z warzywami, zupa z kurczakiem bez kurczaka lub pierożki momo wychodziły już nam uszami. Ale już jesteśmy blisko, jeszcze tylko 37 km i będziemy u skraju jeziora Tso Kar, gdzie czeka na nas ciepła herbata. Burza z piorunami minęła nas bokiem, noc przyniosła tylko deszcz. Nikt już nie pytał nikogo jak się czuje, czy myśli o ciepłej kąpieli, bo to było oczywiste. Nikomu już nie przeszkadzał zapach brudu, potrzebny był tylko sen.
11752444_811065365667305_7264516518145263808_n
11225335_984085614955845_5912886519312930760_oRejon jeziora to cudne bezdroża, gdzie nierzadko można spotkać stada koni biegających dziko. Kilka jutr stojących za środku wielkiego zielonego czegoś. Klimat jak z bajki. I jeszcze ta stupa, która stoi majestatycznie sama. Kiedyś myślałam, że takie zdjęcia będzie mi dane tylko w National Geographic oglądać, a tego dnia widziałam je własnymi oczami.

Tagnlang La ( 5328m n.p.m.)
Tą trasą jechałam pierwszy raz. Kolejne nowe doznanie, jak na zaplanowanej wyprawie zrobić nieplanowaną rzecz – bezcenne 😉 Po kilkudniowych eskapadach, które mieliśmy już za sobą organizm przyjął tą trasę całkiem znośnie. Nie wariował, nie stawiał oporów. Na szczycie zastał nas śnieg, zimno i bardzo sympatyczny Szwajcar imieniem Markus, który na składaku niewiadomej marki przemierzał ta trasę tak jak i my.
Myśląc Tagnlang La myślę sobie, że najniebezpieczniejsze są zjazdy, kiedy szybko traci się wysokość nie tracąc przy tym szybkości na rowerze, bo droga pusta jak tylko wzrok sięga. Mocno trzeba się hamować by hamować. Szybkość i wysokość działa na zmysły jak najlepszy afrodyzjak – przynajmniej taki dla mnie, jednak półtora kilometra przewyższenia w krótkim czasie może spowodować nie jeden zawrót głowy…

Upshi
Do tematu wracam niczym bumerang ale uwierzcie mi jedzenie przy takim wysiłku jest bardzo ważne, a w Upshi przy moście jest taka fajna knajpka z dobrym jedzeniem i stragan z owocami. Świerze banany i arbuz rozpływają się w ustach. Nie dość, że mango są dojrzałe i takie soczyste, to jeszcze można kupić jabłka. To miejsce tylko lekko łechtało podniebienie szykując nas na prawdziwą ucztę w naszej ulubionej restauracji LamaYuru w Leh.
Droga z Upshi do Leh jest ruchliwa, nieprzyjemna, zawsze pod wiatr. Do tego przebiega w dużej części przez tereny wojskowe, które zabezpieczone są drutem kolczastym. Dodatkowo po piętach depcze nam burza, którą łypała na nas surowo  spomiędzy gór. Widok trochę przerażał. Postanowiliśmy nagrodzić się zatem za ostatni dni intensywnego wysiłku i ostatnich 50 km do Leh pokonać autem. Jazda na dachu z rowerami pomiędzy nogami sprawiła mi nie lada uciechę…
IMG_6161Po 10 dniach dotarliśmy do domu, tego hinduskiego. Olden Guest House to miejsce, w którym zatrzymujemy się za każdym razem bedąc w Leh. Nie jest szczególne, nie ma wygodniejszych łóżek ( często i tak śpimy tam na podłodze ) ale właściciele zaskarbili nasze serca. W tym roku zaprosili mnie na urodziny swojego syna. Miałam przyjemność świętować z całą rodziną, jeść pyszny tort i śpiewać „próbować” sto lat po hindusku. Są troskliwi i bardzo dbają o to byśmy czuli się naprawdę dobrze.
W Olden Guest House planowaliśmy zostać dwie noce. 24 h było przeznaczone na absolutny relaks, by w pełnym zwarciu i gotowości móc sięgnąć po to, po co tak naprawdę przylecieliśmy do Indii.

Historia najtrudniejszej przełęczy tu.

Podsumowując Ladakh Highway 2016 uważam, za bardzo udaną wyprawę. Wyprawę, która w moim serduchu zamieszka już na stałe. Cieszę się też, że na codzień mam przyjemność  współpracować z tak fantastycznym i niepowtarzalnym teamem.  Przyjaciółmi, z którymi zaskoczymy Was jeszcze nie jedną historią..

Jacku Teofilu Lisiecki dzięki za życiowego kopa w dupsko 😉
Tomku supportowo nie dałabym rady bez Ciebie….

Galeria tu.


ABOUT THE AUTHOR

Małgorzata