Up

Myślisz Majorka i masz przed oczami bajeczną plażę z palmami, czujesz smak hiszpańskiego czerwonego wina i słyszysz terkotanie kasety w szosie….
Powtarzane przez nas niczym mantra: „bo czego więcej do szczęścia trzeba“ rzeczywiście dudniło w żyłach..

To był szybki rekonesansowo – relaksacyjny wypad, od tak, żeby złapać trochę promieni słonecznych i zrobić sobie dobry trening. Nie bez powodu celem padła ta wyspa, mekka kolarzy, jedno z piękniejszych miejsc do pedałowania, łączące pasją tysiące rowerzystów każdego dnia.
Z racji na swoje wysokie temperatury do jazdy nadaje się najlepiej wiosną i jesienią. W którąkolwiek stronę by się nie pojechało, lekką „nogą“ można przejechać stówkę. Do tego 254 plaże, góry i morze – każdy może złapać coś dla siebie. Dużo podjazdów i zjazdów, średnia 10% górek. Początkujący kolarze na pewno poczują ogień w łydkach, zawodowcy mają tu istny raj treningowy….. i jeszcze do tego ten fenomenalny zapach oliwnych, figowych lub cytrusowych gajów.

Łatwo można skupić się na romantycznej oprawie wyspy, do momentu kiedy nie zacznie się pedałować.
Nasz 72 godzinowy plan zakładał 300 – 350 km. Trzy pętle, którymi chcieliśmy chwycić trochę klimatu gór i morskich fal.
Start polecany z Palmy – wiadomo – logistyka / lotnisko i dodatkowo w naszym przypadku szalona paczka znajomych, którzy przebierając nogami wyczekiwali naszego przybycia.
Dokładnych tras nie ma sensu opisywać. Majorka nie jest skomplikowana, nie trzeba dużej filozofii, wystarczy kupić mapę  😉 i ruszyć przed siebie.

Punktem obowiązkowym jest podjazd na przełęcz Coll dels Reis (728 m n.p.m.) – przepiękną serpentynę, ze średnim nachyleniem 7% i przewyższeniem 668 metrów 😉 Mówi się, że średnio zaawansowany rowerzysta powinien pokonać tą ciężką wspinaczkę w 40-60 min, a ja na to niemożliwe … 😉

Sa Calobra z pewnością zasługuje na miano supertrasy. 26 zakrętów, niektórych bardzo ostrych i ciasnych. Przepięknie wijąca się droga wcięta w skaliste zbocze obfituje w tak niesamowite widoki, że łatwo o utratę koncentracji i spadek tempa jazdy….. Ahhh to naprawdę warto zobaczyć.

Na koniec kilka rad praktycznych:
1. Gdzie warto spać
Hotel to zdecydowanie najlepsza opcja na taki wypad. Jakoś przyzwyczaiłam się do namiotu, ale w tym konkretnym przypadku nie bardzo się sprawdzi. Szosa to jednak klasyka gatunku jeśli chodzi o „good look“. Codzienny prysznic, wygodne spanie, porządne śniadanko wpisuje się w klimat, dlatego tym razem namiotom mówimy nie.
2. Słońce czy deszcz
Powiedziałabym, że raczej na zamówienie. Żar lejący się z nieba nie da się porównać ani z kubańską wilgotnością, ani saharyjską suchością powietrza. Pomimo 30 filtru, można liczyć na cudnie przyrumienienie, ale też o poparzenia nie trudno.
3. Języki czyli jak się dogadać
Zdecydowanie hiszpański. Oczywiście z angielskim też dacie radę, ale hiszpański…. jak ten język brzmi … balsam dla mojego ucha.

Pełna galeria tu.

Adventure powered by:
united-cyclists.com, sony, oshee


ABOUT THE AUTHOR

Małgorzata