Up

I niech mi ktoś powie, że wyprawa to takie wakacje, to taki relaksik 😉 No way! To hardcore dla organizmu, to walka z własną psychiką i ze słabościami…..

Na codzień mieszkając w „pięknej” i „uroczej” Warszawie mam problemy ze snem – naprawdę duże…. Jestem jak nocny marek, którego cykl funkcjonowania jest 6 h snu na 24h egzystencji… Marzę o tym, kiedy nastanie normalność, kiedy utulę się i odpłynę … Trochę wiem z czego to wynika, ale pewnie trochę bardziej mogłabym się postarać, żeby to zmienić. W tym kontekście wyprawy rowerowe, to dla mnie pewnego rodzaju antidotum. Nie ma opcji, żebym nie padła … gdziekolwiek 😉

DSC_5036

Chwilami zastanawiam się nad wydolnością mojego organizmu, być może rzeczywiście jest trochę  bardziej wytrzymały niż standartowe, być może mogę dłużej „pociągnąć” niż inni, ale dla mnie ważniejsze są te chwile, kiedy już nie mogę, kiedy padam, kiedy wyłącza się lampka bezpieczeństwa i słyszę wewnętrze STOP – tu teraz śpisz!  W takich momentach nie ważne jest miejsce, czas, a chwilami nawet to czy wypada, czy ludzie patrzą 🙂  Osiągnęliście kiedyś taki stan ? Żeby wsłuchać się w rytm swojego organizmu, poczuć jego najgłębsze potrzeby ? Kiedy pedałujesz i wiesz, że to już jest koniec i nie możesz już dłużej… Ostatnio ze znajomym analizowaliśmy co się czuje kiedy jedzie się głodnym ( no wiecie, tak bez jedzenia 😉  Jak bardzo wówczas wyostrzają się zmysły, w jak wielkim skupieniu się pedałuje. I muszę Wam powiedzieć, że ze zmęczeniem jest podobnie. Pierwsza faza lekko zaznacza, że przyszła, że może być cieżko. I tu chwilę jeszcze organizm walczy ( u jednych dłużej u drugich krócej ) zaczynamy pracować na tzw: długu energetycznym. To taka faza kiedy jeszcze na chwilę dostajesz „energetycznego kopa” by potem dosłownie spaść z roweru. U nie często rozpoznaję tą fazę, gdy nagle dostaję strzał ciepła i naprzemian zimna. Ręce zaczynają się pocić inaczej, a wzrok zaczyna płatać figle, ukazując gwiazdki. Tu nie ma twardych, każdego dopadnie wcześniej czy póżniej, a mądry jest ten, kto zejdzie z roweru w odpowiednim momencie.  Ja mam tak na każdej wyprawie.  Myślę sobie, że gdyby zapytać lekarza o zdanie powiedziałby: zmierzasz ku wycieńczeniu… ale to byłaby tylko jego teoria. Ja uważam, że w takich momentach czuję świat każdą komórką, każdym skrawkiem mojego ciała. Kiedy jestem zmęczona kilkugodzinnym pedałowaniem w trudnym terenie, po kilku dniach… Kiedy brak mi tchu a mięśnie mówią „odpuść / przestań” właśnie w takich chwilach wiem, że żyję! Czuć to znaczy żyć. Im więcej czujesz tym więcej żyjesz – tak jakoś by to wychodziło ;)…

DSC09229
P1110038Jeszcze jakiś czas temu jeździłam z muzyką w uszach, ale na ostatniej indyjskiej wyprawie doświadczyłam, że szum wiatru jest równie piękny co dźwięki  London Grammar czy Norah Jones. Z muzyki na pewno nie zrezygnuję, bo pomaga przy jeździe, ale są momenty, kiedy cisza, rower, skrajne wycieńczenie organizmu robią taką robotę, że trudno to opisać ….

13731643_1016781495095690_5401296304442448676_n

To co jest dla mnie jeszcze bardzo ważne to świeżość powietrza, która otula mnie gdy śpię na dworzu. Szczególnie nad ranem. Takich chwil nie da się kupić, nie da się przeżyć ich w mieście…. Kiedy śpię skulona w śpiworze z często schowaną twarzą, by oddechem się dogrzać, ukrywam ciało przed zimnem, bo gdy tylko wynurzy się na zewnątrz – marznie… Uwielbiam…
IMG_5828

 


ABOUT THE AUTHOR

Małgorzata