Up

PAMIĘTNIKI UC I

by 29 kwietnia 2017 SAHARA 1

Marrakesh al medina tun Ain Kebina tun.
Wielkie miasto leżące u stóp Atlasu Wysokiego, od którego wzięła się nazwa całego kraju. Miasto z tysiąca i jednej nocy.

Legenda głosi, że podczas budowy wielkiego  meczetu, w Maroko toczyła się krwawa wojna. Przelało się mnóstwo krwi, która na zawsze zabarwiła mury miasta na rdzawy kolor. Uliczni handlarze, kuglarze i zaklinacze węży, zrobią wszystko, aby wyciągnąć od przybysza kilka dirhamów lub eurocentów. Wróżki i tresowane małpy z łatwością dają sobie ze mną radę i nawet od tak zaznajomionego z technikami tour terrorysty podróżnika są w stanie wyciągnąć kilka groszy.

Zatłoczone i zapyziałe wąskie uliczki starej medyny, nie zmieniają się tutaj od wieków, jedynie przewody elektryczne i reklamy dla europejskich turystów, uświadamiają nam jaką mamy datę. Tak było tutaj tu zawsze. Marrakesh od wieków ściągał tu swoją egzotyką muzyków, malarzy, artystów wszystkich nurtów, nie rzadko niepełnosprawnych żebraków, traktujących plac Jamaa el Fna jak zakład ubezpieczeń społecznych, naciągaczy i złodziejaszków różnego kalibru. Miasto wraz ze swoją magiczną medyną, która jest prawdziwym labiryntem wąziutkich uliczek, stanowi niezwykle ciekawy punkt na mapie Maroka. Jednak mimo wyjątkowego klimatu panującego na placu Jamaa, przepięknych ogrodów projektowanych przez francuskich estetów, królewskich pałaców i zapierających dech w piersiach hoteli, a nawet Caarefoura z zimnym piwem jestem zmuszony powiedzieć temu miastu do widzenia.

W nocy plac Jamaa to istne oko cyklonu, tutaj dzieje się absolutnie wszystko. Spowity dymem, z okolicznych restauracyjek, oraz niezliczonych rusztów z baraniną, w wir placu wpaść jest wyjątkowo łatwo. A jak już się wypadnie to na sto procent z drewnianym wielbłądem, wełnianą czapeczką, lampką zrobioną z cienkiej blachy lub z przepowiednią – nie zawsze dobrą. To trzeba zobaczyć na własne oczy , przynajmniej raz w życiu. Chaos najwyższej jakości. Jednak to nie moje Maroko. Moje Maroko zaczyna się tam, gdzie zaczynają się ośnieżone szczyty Atlasu, które oznaczają dla mnie początek kolejnej rowerowej przygody totalnej.

Atlas Wysoki jak powiadają Berberowie to góry – gór. Jeden z najwyższych masywów górskich w Afryce. Prawdziwy przedsaharyjski mur. Wiele osób mówiąc Atlas myśli Toubkal – 4167m n.p.m. Po czym się uśmiechają, bo sądzą, że znają Atlas. Niektórzy dodają – byłem tutaj na trekkingu. Ja Wam mówię co innego. Atlas to Wasza wyobraźnia. Nie najwyższe szczyty są tutaj najważniejsze, ale czasami głębokie doliny i osady z nazwami trudnymi do przeczytania. To tam zobaczycie prawdziwy Atlas, Czasami będziecie mogli go usłyszeć, a czasami posmakować. To właśnie tutaj pojawił się pomysł na united-cyclists.com i tutaj pojawiły się plany, aby wysunąć nasze rowerowe macki na wszystkie kontynenty. Jednak to tutaj najchętniej wracam i to właśnie tutejszy pył smakuje mi najlepiej.

Kierując się w stronę Sahary na mojej marokańskiej trasie totalnej są miejsca tak wspaniałe jak dolina prowadząca z miasteczka Telouet do Aït Benhaddou.
Berberowie, lokalni górale, osiągnęli tutaj mistrzostwo świata w koegzystencji z przyrodą – gdzie wraz z wiatrem w opuszczonych kazbach, usłyszeć można szeptanie marokańskich ginów, gdzie czas zwolnił do zera….

Mhamid el Ghazlan – niezbyt czysty, z domeczkami nie zawsze wytynkowanymi. Pełen roześmianych dzieciaków jeżdżących na kompletnie rozklekotanym czym popadnie. Pełen przyjaciół i ludzi wyjątkowo życzliwych i dumnych z siebie. Miejsce autentyczne, prawdziwsze, pełne czystej energii. Mój drugi dom i moi prawdziwi przyjaciele – Mohamed i Hassan, których poznałem wiele lat temu. To oni zabrali mnie na najlepszą imprezę mojego życia, która trwa po dziś dzień. Na imprezę, w której zakochałem się bez pamięci, zresztą nie tylko ja – zapytajcie Pawła z Wrocławia, Sławka z Koszalina. Saharo a Saharo co, żeś Ty za pani, że za Tobą pedałują chłopcy malowani.
Miasteczko leży na końcu świata, jednak dla mnie jest to początek świata – początek mojego świata. Od tego miejsca zaczyna się już prawdziwa pustynia, tutaj kończą się żarty, a droga dalej w głąb nie jest juz dla każdego.

Sahara wielka niczym terytorium Stanów Zjednoczonych z populacją mniejszą od mieszkańców Krakowa. Jej geograficzny początek znajduje się mniej niż 3,5 h lotu samolotem z Krakowa. Można powiedzieć, że mamy ją tuż za naszym europejski płotem.

Mieszkańcy Wysp Kanaryjskich zawdzięczają jej piękne piaszczyste plaże, a mieszkańce Florydy niesamowite, czerwone zachody słońca. A ja zawdzięczam jej niczym nieskrępowaną rowerową wolność. Według berberyjskiej legendy bóg stworzył Saharę, aby przechadzać się po niej samotnie i aby ludzie mu w tym nie przeszkadzali. Nazwana jest przez to ogrodem Allaha. Piękna, niczym mitologiczna syrena wabi, a niektórych ze swoich magicznych objęć nigdy już nie wypuszcza. O wodę na pustyni jest zdecydowanie prościej niż o etylinę czy diesla, a na rowerze można się w nią bezgranicznie zapuszczać, dając rowerowe nurki totalne w jej najgłębsze odmęty. Zgadza się, zmęczyć się można, a ciepłe dni potrafią konkretnie człowieka zmęczyć – jednak warto – a dlaczego ? Bo jest to ostatni, niezaorany przez cywilizację fragment naszej planety.
Nie ważne kiedy – Sahara zawsze miała dla mnie jakieś niespodzianki, o których można by opowiadać godzinami. Nie wierzycie ? W okolicach najwyższej wydmy Chegagi, gdzie zwykle jest normalnie klepisko jak w chałupie – natknąłem się na hektary zielonej ruccoli. Do tego wszystkiego swoim potem, łzami a czasami nawet krwią płacę pustynny podatek, który umożliwia przeżywanie nocy pod saharyjskim niebem, nocy wygwieżdżonych jak nigdzie indziej na świecie, nocy absolutnych.

Jest jedno takie niesamowite miejsce, gdzie jedna pustynia, zamienia się w druga, zamienia się w ocean, gdzie Sahara całuje Atlantyk. Legzira najpiękniejsza plaża, która ciągnie się przez setki kilometrów w stronę Mauritanii…..

Wspaniałych opowieści jest mnóstwo i można je snuć godzinami – noc z rybakami w otoczeniu tysięcy skorpionów, dzień kiedy poznaliśmy się z Yassinem – ultra pozytywnym surferem i naszym nadwornym producentem arganu. Nasza flagowa restauracyjka w Foum Zguid, gdzie mają najwspanialsze frytki na świecie i jej właściciel Ibrachim – zawsze uśmiechnięty i przygotowany na nasza wizytę. Ekipa z Agdz i ich samogon z daktyli. Baza wojskowa, gdzie bidni jak kościelne myszy marokoańscy żołnierze dzielili się z nami miodem, oliwą i orenżadą, podczas gdy w naszych sakwach świeciły pustki, a bidony były wyschnięte były na wiór. Nasz major z pogranicza algierskiego i oczywiście mój ulubiony fryzjer z Tagonunitu. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich osób, które są dla mnie moim Marokiem. Jedynie co mogę powiedzieć Marokanki i Marokańczycy, wy duzi i mali, z północy i z południa, z gór i z pustyni dobra robota – kupiliście mnie na zawsze.

Dlatego mówię Wam przeżyjcie swoje Maroko, a będzie to największa przygoda Waszego życia.

Autor: Jacek Lisiecki
Redakcja: Mommy on Bike


ABOUT THE AUTHOR

Małgorzata