Up

Islandia – ta zimna baba wiedziała co robi!! Najpierw telepatycznie ściągnęła na mnie na swój trop, nie dała spać po nocach, a potem- nie wiadomo kiedy, wypisała swoje imię na bilecie lotniczym.
Wiedźma po prostu, namieszała mi w głowie i skradła myśli jeszcze zanim się spotkałyśmy (nie tylko mi ale również moim dwóm kompanom podróży- obecnemu mężowi i naszemu wspólnemu koledze).

Jestem jej za to niezmiernie wdzięczna. Tak więc przywołała mnie do siebie. Sprawiła, że przez kilka miesięcy przed naszym spotkaniem, niemal codziennie oglądałam grafiki z Islandii, że minimum trzy razy w tygodniu trenowałam, by na dwóch kółkach sprostać jej wyzwaniom. Każdy podjazd był w moich oczach podjazdem islandzkim, a szutry i kamienie jej interiorem. Zwariowałam – ale to szaleństwo było pozytywne. Niosła mnie ciekawość, podniecenie i optymizm, ponieważ wszystko było nieznane, nieodkryte i… pierwsze. Przede wszystkim pierwsza rowerowa wyprawa- bo jak już uderzać, to konkretnie! 🙂

Przed samym wylotem mieliśmy wiele emocji. Trzeba było przecież spakować nie tylko rowery, ale także przyczepy- a to już nieco komplikowało sprawę. Do rana pakowaliśmy się tak, że w końcu zostaliśmy samozwańczymi mistrzami kompresji- do tego stopnia, że pracownicy lotniska wołali kolegów, kiedy oglądali „rentgen” naszych paczek. 🙂

No właśnie- lot samolotem też był dla nas pierwszy… Fakt ten spowodował, że z podniecenia nie zmrużyliśmy oka pomimo sposobnej ku temu godzinie i zmęczeniu po poprzednio nieprzespanej nocy. Około pierwszej w nocy rozłożyliśmy przed budynkiem terminalu nasze toboły… a około czwartej chaotycznie bo chaotycznie, ale jednak mieliśmy je przygotowane do jazdy. Jeden rower z sakwami plus dwa z przyczepami. Cóż – z perspektywy czasu wydaje mi się to strasznie niemądre,
ale ruszając wtedy spod lotniska w Keflaviku, kręciłam moje pierwsze w życiu metry z przyczepą. Nigdy wcześniej nie miałam jej przypiętej do roweru. A tu od razu dodatkowe 30 kg, a przede mną setki kilometrów po różnym terenie. Jednak nie to było wtedy dla mnie problemem 🙂 Problemem był brak snu od blisko 50 godzin. Po przejechaniu pierwszych piętnastu kilometrów nasze organizmy udowodniły, że można przysypiać jadąc jednocześnie rowerem. Nasza przygoda w Islandii rozpoczęła się więc szybkim rozbiciem namiotu i poranną drzemką 🙂

Przygoda na wyspie rozpoczęła się od snu, ale nie na śnie się zakończyła… Po poro godzinnej drzemce Islandia przywitała nas wszystkim co ciekawe i fantastycznie na tyle, że regularnie odbierało nam mowę. Najpierw ruszyliśmy w kierunku parku Pingvellir, gejzeru i majestatycznego wodospadu Gullfoss. Już pierwsze widoki zapierały dech w piersiach i uczyły jeszcze większej pokory wobec natury. Szybko okazało się, że zakładanych 100 kilometrów dziennie nie uda nam się zrobić, ponieważ szybko skończył się asfalt, a zaczął offroad interioru. Ten teren pokazał nam kto jest „sprite”, a kto „pragnienie”. My byliśmy pragnieniem. Pragnieniem pokonania niemałych wzniesień, obrony przed wszechobecnym pyłem i przeszywającym wiatrem.

Tymczasem każdy napotkany Islandczyk chwalił ówczesne lato za lekką zaledwie bryzę…
Interior dał nam popalić. Kurz, podjazdy, ciężar przyczep i wiatr spowodowały, że pierwszy dzień
i 5 godzin jazdy to przejechane masakrujące psychikę 35 km, drugi- lekko ponad 50 km. Dodatkowo drugi dzień przyniósł ze sobą chłód, deszcz i spadek temperatury. Planowane 100 km dziennie umykało nam bezpowrotnie. Zaliczona w geotermalnym basenie kąpiel w środku gór przyniosła ulgę jedynie dla ciała; umysły nadal pozostały jakby lekko zranione. Na tyle, że kolejnego dnia byliśmy
w grupie dziewięciu rowerzystów proszących kierowcę autobusu (tak, przejeżdża tamtędy autobus)
o wzięcie nas ze sobą. I zabrał nas wszystkich, z uśmiechem rzucając: „To jest Islandia, tu pada i wieje.”

Kiedy nadrobiliśmy jakieś 200 km, z radością i spokojem zasiedliśmy na dwukołowych rumakach, które zaniosły nas (już asfaltem) do kolejnego punktu wyprawy. Było to miasteczko, z którego ruszały łajby w celu obserwacji wielorybów. My także wyruszyliśmy – i daję słowo – byłam najbardziej podjarana z wszystkich uczestników. Jednak z każdym gwałtownym pochyłem łódki ekscytacja oddalała się tak, jak w końcu oddaliło się wszystko, co rano zjadłam. Nawet wieloryby nie robiły już na mnie wrażenia… Fale przy okazji zalały nas od stóp do głów do tego stopnia, że przed dalszą trasą na rowerach musieliśmy zmienić (całą!) garderobę. Tym sposobem jechaliśmy dalej w masywnych, wysokich górskich buciorach – ale suchych! Kierowaliśmy się teraz ku wodospadom (m.in. Dettifoss), te jednak obserwowaliśmy przez gęstą jak mleko mgłę; bardziej było je słychać niż widać. No cóż – może następnym razem zobaczę je wyraźniej.

I4

Fiordy wschodnie, którymi później podążaliśmy, okazały się nieco nudne. Trzy dni jazdy z widokiem wzniesień po jednej, a morza po drugiej stronie. I masz na wyciągnięcie ręki drugi „brzeg”, a jednak musisz jechać, jechać i jechać… Ale Islandia miała dla nas kolejną niespodziankę – otóż nasz „przyjaciel” wiatr odnalazł nas i postanowił na nas trenować. I znowu – kto sprite, kto pragnienie. Ale daliśmy radę. Z całym ekwipunkiem musieliśmy jechać przechyleni pod kątem 45 stopni by nas nie zdmuchnęło. Silne podmuchy w jednej sekundzie przesuwały nas z lewej strony drogi na prawą, ale nie poddawaliśmy się. Tu właśnie padł rekord w dziennej ilości km- 118 km. I pięć dni pod rząd udawało się jechać po 100 km – również dzięki temu, że jeżdziliśmy w świetle białych. Wiatr nie dawał za wygraną. Nawet podczas jazdy posilaliśmy się, by podczas postoju nie czuć przeszywających podmuchów. Namiot rozkładaliśmy w czapkach, kapturach i ciepłych rękawicach, ponieważ cel był wyznaczony. Gnało nas do kolejnej cudownej lodowej laguny Jokulsarlon.

Turkusowe jezioro z wielkimi odłamkami lodowca sprawiły, że na chwilę porzuciliśmy rowery by nacieszyć oczy i duszę. Taki widok po nieco nudnych fiordach dał nam kopa na kolejne kilometry.
I tym kopem jechaliśmy dalej, południową częścią głównej (i jedynej) drogi Islandii. Zobaczyliśmy park Skaftafel i tamtejszy jęzor lodowca, z dołu i z góry obejrzeliśmy piękny, opadający pionową ścianą wody wodospad Skogafoss, po czym skierowaliśmy się na półwysep Dyrholaey. Plan był taki, by zobaczyć czarne plaże i jeśli się uda, maskonury. Udało się i było to niezapomniane przeżycie, jednak łatwo nie było: po drodze zostaliśmy zaatakowani przez stado ptaków broniących swego terenu. Naprawdę ciężko utrzymać kierownicę jednocześnie odpędzając się przed agresorami. Na szczęście dość szybko opuściliśmy „niebezpieczny” teren i zaliczając po drodze free camping przy prywatnej chacie, zmierzaliśmy ku ostatniemu punktowi naszej wycieczki- Blue Lagoon. O tak- taki luksus należał nam się po trudach tej wyprawy. Po walce z wiatrem, podjazdami, pyłem, uciekającym czasem, ale też walce z samym sobą. Po prawie 1400 km przejechanych rowerami w 16 dni. To była naprawdę fajna sprawa wymoczyć mięśnie w ciepłej wodzie, a także wznieść zwycięski toast na zakończenie akcji. Zwieńczeniem wyprawy było jeszcze spotkanie z Polakiem, który trzymał nasze kartony na rowery. To nie jest reguła, że za granicą Polak Polakowi wilkiem- nasz znajomy nie tylko zaprosił nas do domu, ale także poczęstował islandzkimi specjałami, opowiedział o niełatwym życiu tutaj, przenocował i odwiózł na lotnisko. Tak skończyła się nasza cudowna i niezapomniana rowerowa przygoda w Islandii. Ja zostawiłam tam kawałek serca i planuję jechać tam w jego poszukiwaniu w przyszłym roku. Pewnie znajdę też wiatr, pył i deszcz, ale… po to także pojadę! 🙂

Autor: Marta Mikołajczyk


ABOUT THE AUTHOR

Małgorzata